Od początku marca mamy nieprzerwanie bezchmurne niebo przeplatane sporadycznym cirrusem. Jeszcze chwila i się wszystkim znudzi to wieczorne spoglądanie na Jowisza. W każdym razie – Księżyc wreszcie odpuszcza, więc plan na czwartkowy wieczór był jeden – kierunek Folwark Sulejewo. Razem z Michałem spotkaliśmy się na miejscu około godziny 21:30. W trakcie drogi w pobliskich wioskach można było zauważyć wiszący dym z kominów, a w powietrzu wyczuwalna była dodatkowo wilgoć. Na miejscu nocne niebo dalekie było od ideału, ale wciąż przyzwoite. Wtedy jeszcze nie widzieliśmy, że dopiero po północy nadejdą takie warunki, za jakimi tęskniliśmy.
Chwilę po mnie dojechał jeszcze nowy kolega z Poznania, który rozgląda się za sprzętem do głębszych obserwacji nocnego nieba. Tego wieczoru miał świetną okazję spojrzeć przez różne instrumenty optyczne – ciekawe, czy teraz wie jeszcze więcej, czy mniej? : ) Kolega zabrał za sobą niewielkiego Swarka, a dokładniej dachówkę Swarovski 8×42 NL Pure. Jak się okazało podczas rozmowy – mamy wspólnego „realnego” znajomego z Warszawy ze świata lornetek – w tej „branży” jak widać wszyscy się znają : )

Ja zabrałem ze sobą swój cały obecny arsenał, czyli walizkę pełną okularów razem z lornetą kątową APM 82/90 ED APO, lornetki proste APM 20×70 ED i 12×50 ED. Michał przyjechał z teleskopem Svbony SV503 80 mm ED, lornetką Nikon EX 10×50, TS Marine 15×70 i z dwoma dachówkami – Delta Optical Chase 8×42 i Delta Optical Forest 8×42 trzeciej generacji. Te dwie ostatnie były typowo pod testy, spoglądaliśmy na różne klasyki w jednej i drugiej, ale ciężko było wyłonić zwycięzcę. Różnice w nocy były marginalne, często subiektywne. Ogólnie gwiazdy w obydwu dość szybko traciły na jakości, myślę że w okolicy 70% pola od centrum były poza użytkiem. Pytanie, czy jeśli już iść w dachówki pod nocne niebo to czy nie lepiej dopłacić do SRBN i cieszyć się punktowymi gwiazdami w większości pola widzenia (do tego o wiele większym)? Kwestia do indywidualnego rozważenia pod kątem oczekiwań, potrzeb i możliwości finansowych.
Niebo na początku naszego spotkania oferowało niezbyt zadawalającą przejrzystość, triplet Lwa ledwo co majaczył, więc rzuciliśmy się na klasyki w stylu Gromady Podwójnej w Perseuszu, Plejady, czy też zachodzącą M42 w Orionie. Nie obyło się bez Jowisza – seeing średni, ale mogliśmy dostrzec ciekawe bliskie ułożenie księżyców Io i Ganimedesa. Kolega z Poznania miał okazję po raz pierwszy zobaczyć gazowego olbrzyma w powiększeniu na żywo – i to od razu w teleskopie i lornecie kątowej. Szkoda, że nie było na miejscu 16 cali : )
Nagle podczas rozmowy w okolicy godziny 22:15 Michał zauważył jasną smugę nad południowo-zachodnim horyzontem. Poniżej widoczne było LP z pobliskiego Czempinia, więc pomyśleliśmy, że to może jakieś sztuczne światło. Smuga przypominająca dziwną chmurę zaczęła jednak zmieniać swój kształt i położenie. Zorza? Alertów nie było, poza tym nie ten kierunek. Choć na pierwszy rzut oka całość przypominała niewielkie filary zorzowe. Obiekt z każdą sekundą zaczął przemieszczać się w naszym kierunku, aż w końcu dotarło do nas, że obserwujemy zapewne deorbitację rakiety! Pytanie tylko jakiej?! Telefon do ręki, szybkie zdjęcie i obserwacja przez lornetkę 20×70. Wycelowałem w środek chmury, gdzie dostrzegłem kilka rozproszonych punktów, które przesuwały się z tą samą prędkością w tym samym kierunku. Widok fenomenalny, w zasadzie niespotykany. Im bliżej nas i zenitu były te gazy tym bardziej się rozmywały, aż w końcu zniknęły. Po kilkunastu minutach w sieci zawrzało i wiedzieliśmy już, że mieliśmy niezłego farta – była to deorbitacja chińskiej rakiety Long March 8A, która o 20:48 czasu polskiego wystartowała z kosmodromu Wenchang w południowo-wschodnich Chinach. Kosmiczny wir zaliczony.

Wracamy do obserwacji lornetą kątową APM 82/90 ED. Po przejściu przez M35 w Bliźniętach, a potem M36, M37 i M38 w Woźnicy odbiłem wyżej do Galaktyki Bodego (M81) i Galaktyki Cygaro (M82). No i wow. Obiekty prawie w zenicie wręcz świeciły. To był moment kiedy pożegnałem parę okularów 24mm i załadowałem APMy 12,5mm z polem 84 stopnie. Dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa. Zanurzenie się w obrazie dawało dosłowny efekt imersji. Poskakałem po obiektach, aż nagle na zegarku zrobiła się okolica północy. Właśnie wtedy zorientowaliśmy się, że niebo jakby się zmieniło. Gwiazdy, a w zasadzie całe konstelacje nabrały przejrzystości, wszystko wyglądało „czysto”. Zupełnie inaczej niż po przyjeździe. Poczuliśmy też chłodny powiew wiatru na polu, który zapewne był sprawcą polepszenia warunków.
Rozstawione lornetki na polu wyglądały jak na targu. Kilka statywów, a na każdym sprzęt do dyspozycji. Bino uczta pod ciemnym niebem. Wybierasz, podchodzisz, oglądasz, przechodzisz dalej. Takie doświadczenia to ja szanuję : )

Chwila pogawędki i rzuciliśmy się na wiosenne galaktyki. Co to był za wizualny rajd. Już nie pamiętam kiedy tak dużo poza klasykami udało mi się zobaczyć jednej nocy. Zerkaliśmy na gwiazdozbiór Pucharu (czy po prostu Dzban jak go wdzięcznie nazwaliśmy) z ulotnymi NGC, czy też na gwiazdozbiór Kruka i galaktykę Sombrero (M104) w pobliżu. W jednym polu lornetki APM 20×70 ED mieścił się też tutaj asteryzm Stargate. Prawdziwe polowanie „na czarownice” zaczęło się jednak w Pannie. Już nawet nie pamiętam co tam dokładnie widziałem, bo gdzie nie spojrzałem tam czaiła się jakaś galaktyka. Bez detalu, ale dobrze widoczna. Z tych najjaśniejszych to oczywiście Virgo A (M87), ale także M58, M59, M60, czy też Łańcuch Markariana.
W Warkoczu Bereniki łapaliśmy Galaktykę Czarne Oko (M64), galaktykę NGC 4725, czy też Igłę (NGC 4565). Wyłuskałem też NGC 4559 (Koi Fish?), a wyżej Galaktykę Wieloryb (NGC 4631). Cóż, penetrując ten rejon lornetą kątową zajrzałem od razu do konstelacji Psy Gończe i namierzyłem NGC 4990, M94 i przepiękny układ podwójny Cor Caroli, w którym jeden składnik jest wyraźnie większy od drugiego.
Wróciłem jeszcze po Triplet Lwa, gdzie teraz bez problemu było widać NGC 3628, M65 i M66, a na deser zjedliśmy jeszcze mniejszy triplet z M95 i M96 na czele. Żeby nie było nudno, w głowie Lwa czaiła się jeszcze dobrze mi znana galaktyka NGC 2903.

Obserwacje trwały w najlepsze, w pewnym momencie byliśmy tak skupieni, że każdy obserwował w ciszy. Miało to swoje plusy – w tle doświadczaliśmy dźwięków natury niczym z jurajskiego parku. Znajdujące się gdzieś w pobliżu żurawie (podobno) dawały dźwiękowy spektakl niczym latające pterodaktyle. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że „to jest dopiero klimat” : ) Zresztą, kto zna klimat folwarku ten wie jakie dźwięki tu można usłyszeć.
Nagle zrobiło się po pierwszej w nocy, a sprzęt zaczął pokazywać pierwsze oznaki panującej wilgoci. Postanowiliśmy jeszcze wycisnąć trochę z nocnego nieba i wymieniliśmy sprzęty. Tym razem zasiadłem przy lornetkach prostych 20×70 i 12×50. W szerokim polu widzenia łapałem okolice Lutni, w tym gromadę Stephenson 1, a nieco później jeszcze unoszącego się coraz wyżej Łabędzia.

Zdecydowanie straciliśmy poczucie czasu, ale chyba z premedytacją, bo takiej nocy każdemu z nas brakowało. Wiosenne galaktyki po dość mroźnej zimie w końcu pojawiły się na wyciągnięcie ręki. Nawet jakoś nie zmarzliśmy – temperatura utrzymywała się cały czas w okolicy 5 stopni na plusie.
Zmęczony, ale z uśmiechem na twarzy wróciłem do domu jakoś po 2 w nocy i zakończyłem dzień. Były to jedne z lepszych obserwacji w ciągu ostatnich miesięcy. Obfite pod względem ilości obiektów, z fajnym niebem po oczyszczeniu i jak zawsze w miłym towarzystwie. Wizual na pełnym gazie. Już nawet nie wracam do deorbitacji, bo to już w ogóle było poza skalą naszego farta : )
Do następnego razu!
Pozdrawiam!