Czasami wystarczy wyjść pod rozgwieżdżone niebo bez żadnego sprzętu i podjąć kosmiczne wyzwanie, tak jak to opisuje Philip S. Harrington w swojej książce Cosmic Challenge. Szczególnie wtedy, gdy obserwacje są niezapowiedziane i kompletnie spontaniczne. Tak było u mnie tym razem.
Przemieszczałem się akurat pomiędzy pobliskimi miejscowościami podążając za codziennymi obowiązkami, aż nagle przez szybę ujrzałem Siedem Sióstr. Plejady (M45) spoglądały na mnie błyszcząc bardzo intensywnie. Już po chwili stałem na poboczu i obserwowałem popołudniowe, choć jednak nocne grudniowe niebo. Poza Plejadami bardzo dobrze było widać również Hiady (Melotte 25) z płonącym, pomarańczowym Aldebaranem, a zaraz obok potężną konstelację Woźnicy. Rzecz jasna ze względu na zaświetlenie nieba jej gromad gołym okiem nie dostrzegłem.

Przemieściłem się jeszcze dalej w głąb pola i spojrzałem na drugą stronę nieba. Tam widoczna jeszcze konstelacja Orła, Łabędzia oraz Lutni z Wegą będącą najjaśniejszym punktem zachodniego nieba. Okolica w tym miejscu wydawała mi się ciemna i bardzo atrakcyjna pod względem obserwacji. Bez problemu dostrzegłem delikatny zarys wstęgi Drogi Mlecznej, a sprawne oko mogło dostrzec także asteryzm Wieszak, czyli charakterystyczne ułożenie gwiazd tuż nad konstelacją Orła.

Stałem tak bez żadnego sprzętu przez prawie godzinę, wyłapywałem poszczególne gwiazdy i układy, które byłem w stanie dostrzec po dłuższej adaptacji wzroku. Przyznam szczerze, że dawno nie miałem takiej frajdy z gapienia się w niebo bez żadnego sprzętu. Na pamiątkę zrobiłem jeszcze kilka zdjęć telefonem Google Pixel w trybie astrofotografia i sam byłem zdumiony, jak przyzwoite może być nocne niebo zaledwie 15 minut jazdy samochodem od niewielkiej miejscowości.
Do następnego razu!
Pozdrawiam!